Książki

7 kolorów tęczy

"Siedem kolorów tęczy"
autor: Monika Sawicka + debiutanci i laureaci konkursow
wymiary: 145 x 205 mm
okładka: miękka
ilość stron: 464
wydanie: I - maj 2009, ISBN: 978-83-923909-9-2

 

Kiedy jestem na urlopie, staram się nie restaurować zabytków, czyli nie robić makijażu. Raz, że skóra też ma prawo mieć urlop, dwa, nikt mnie nie zna, więc nie powtórzy znajomym jak wyglądam naprawdę, trzy, kiedy zakładam okulary słoneczne – model mucha w ciąży, i tak mnie nie widać, cztery – względy oszczędnościowe i zdroworozsądkowe – przy takim nasłonecznieniu i temperaturze trzydziestu stopni stopi się nie tylko Milka w plecaku, ale i puder. Jednak z nieznanego sobie powodu tego ranka postanowiłam poddać Starówkę renowacji, firanki rzęs pociągnęłam delikatnie tuszem nadając im mocniejszy kolor, a oczom wyrazistość. Przezorny zawsze ubezpieczony, zatem błyszczyk też wrzuciłam do plecaka, w ostatniej chwili puder również postanowiłam zabrać na wycieczkę. Już miałam wyjść z pokoju, gdy żal zrobiło mi się różu. I zdecydowałam, że też pokażę mu Grecję, a co, niech sobie pozwiedza.
Dziewczyny już czekały, molestując tureckiego kierowcę busa, który miała nas zawieźć na przystań, żeby na mnie zechciał zaczekać. Magdusia używała swoich wdzięków (zastanawiam się, czy zatańczyła, czy tylko mrugała oczami), a Ewa zastosowała metodę siłową. Trudno powiedzieć, która z nich była skuteczniejsza, grunt, że kierowca nie odjechał. – A jak miał niby odjechać, jak zabrałam mu kluczyki. – Ewa rzuciła więcej światła na sprawę i już wiedziałam, że wdzięk nie zawsze działa, a przemoc nie zawsze jest zła. W końcu przecież facet przeżył. Makijaż może i miałam, ale powiem tak: nie wystroiłam się szczególnie i nie jestem z siebie dumna. Mówiąc dosadnie, wyglądałam jak pół dupy zza krzaka i to takiej galantej, bo założyłam zieloną bluzkę na ramiączkach, model ciążowy, tak ukochany przez panie, które nieco zapuściły swój brzuszek. Spódnica też jakaś taka nie bardzo urodziwa – w wielkie kwiaty w tonacji brązowo-czarno-zielonej. Krótko mówiąc, prezentowałam się jak narzuta łowicka. Do tego przywdziałam trzewiki japonki, na płaskim obcasie, co czyniło mnie przysadzistą, zdrowo wyglądającą babą. Nic tylko się zakochać. Dodam, że kiedy wiatr wiał, bluzka unosiła się jak balon, ja tym samym wyglądałam jak ciężarna tuż przed rozwiązaniem. Całości dopełnił ogromny kapelusz w kwiaty, który wieńczył dzieło, czyli zmniejszył mnie optycznie. Wyobraźmy sobie, że zamiast wyżej opisanej garderoby mam na sobie strój łowicki to, wypisz wymaluj wyglądałam jak Pyza na polskich dróżkach, Haneczka, żona Rumcajsa lub Kwiczoł z Janosika z tym, że na szczęście ja nie miałam takiego zarostu. Chociaż, jeśli przez kolejnych piętnaście lat będę stosowała tabletki antykoncepcyjne nie jest wykluczone, że będę wyglądała jak Yeti.
Pod koniec naszej wyprawy postanowiłyśmy coś przekąsić i poszłyśmy do uroczej restauracji na pobliskim placu. Obiad bez wina to obiad stracony, więc do moich owoców morza wydoiłam dwa kieliszki, w zasadzie mały dzbanek. Ewa tradycyjnie piwo, zupełnie jakby nie było na świecie żadnego innego napoju. Magdusia sączyła ze mną winko, ale raczej tylko maczała usta. Po pysznym obiedzie przeniosłyśmy się dziesięć metrów dalej, do kawiarni na lody. Wybór okazał się trudny, ale w końcu się udało. W oczekiwaniu na nie, umilałyśmy sobie czas oddając się obserwacji. Obiekt siedział na godzinie trzeciej, jakieś osiem metrów od nas. Najchętniej sklonowałabym go sobie jak owieczkę Dolly, albo jak świnkę, która urodziła świecące na zielono prosiaczki (hm… może jednak niekoniecznie, chociaż seksu z kosmitą jeszcze nie uprawiałam). Z tą świnką to serio, Chińczycy są tacy twórczy. Jedenaście prosiaczków, z których dwa mają ryjki, nóżki i języki świecące zielonym fluorescencyjnym światłem urodziła sklonowana świnia, która sama kolorowo świeciła. Matka prosiaczków była jedną z trzech świń, które urodziły się w grudniu 2006 roku po wstrzyknięciu embrionom proteiny z fluorescencyjną zielenią. „Matka i dzieci czują się dobrze” – aż się samo ciśnie na usta. Chińczycy podkreślili, że narodziny fluorescencyjnych prosiaczków dowiodły, że transgeniczne świnie są płodne i mogą przekazywać potomstwu sztucznie uzyskane cechy. Przemyślę jeszcze, czy chcę mieć fluorescencyjne dzieci, bo że chcę potomstwo w ogóle i, że z Nim – tak, tak, na pewno, tu i teraz. I, że się tak przyczepię tych świnek – chwilami chciałabym być taką świnią – ich orgazm trwa trzydzieści minut. Ale wizja skończenia na talerzu jako schabowy mnie jednak zniechęca. Skutecznie. Są pewne granice desperacji. Kolejny raz spotkałyśmy go na promie i się zaczęło.
Stanął w progu i wyglądał na zagubionego, rozglądał się po pokładzie, szukając, jak sądziłam, wolnego miejsca. Mógł sobie szukać do wtorku. Wszystko zajęte. Dobry samarytanin się we mnie obudził, postanowiłam z bliźnim podzielić się przestrzenią, niech pozna, co to polska gościnność i delikatnie skinęłam na niego palcem, a moje oczy śmiały się do niego niewerbalnie wysyłając zaproszenie: no chodź tu, bejbe. Bejbe się lekko zdziwiło moim gestem, o czym świadczyło uniesienie brwi, w kąciku ust zamajaczył mu uśmiech, ale ruszyło w moim kierunku. Usiadło. Przywitało się. I gdyby nie choroba morska, która mnie zaczynała dopadać, mogłabym nie zapanować nad gwałtowną potrzebą spłodzenie z nim siedmiu świnek. Zemdliło mnie, ale nie zwymiotowałam. Na szczęście, bo gdybym go obrzygała, mógłby pomyśleć, że niedobrze mi się zrobiło na jego widok. Za to zrobiłam się zielono-szara. Ale na sali był lekarz, więc czułam się bezpieczna. Doradził przyjęcie określonej pozycji, która rzekomo miała mi pomóc. Pomogła i mnie i jemu. Moja głowa leżała między jego udami, z braku miejsca naturalnie. Włosy opadły mi na twarz, kiedy nagle musiałam przejść z siadu do leżenia. Mr. Perfect delikatnie, kosmyk po kosmyku, odgarniał je, a robił to tak cudownie, że nawet zapomniałam się oburzyć i dać mu w twarz. Za to zamknęłam oczy i postanowiłam odczuwać. A było, co. Siłą woli z leżenia przeszłam do siadu, bo inaczej mogłabym nie zapanować nad sobą, i spojrzałam na Ewę i Magdusię. Obydwie uprawiały sufitologię stosowaną, udając, że nic nie widzą. Zbyt długie utrzymywanie mojego ciała w pionie przyprawiło mnie znowu o mdłości, twarz ponownie przybrała kolor niemowlęcej kupy, zatem znów się położyłam. Prawą rękę miałam za głową, tak było znacznie wygodniej. Poczułam jego dotyk na mojej dłoni i pozwoliłam mu ją chwycić. Trzymał mnie za rękę, a ja nie mogłam zrozumieć, dlaczego się na to godzę! Nigdy, przenigdy, przeprze nigdy mi się coś podobnego nie zdarzyło. Więc dlaczego teraz? Boże kochany, zorientowałam się, że moja dłoń wymknęła mi się spod kontroli i, jak wąż wiła się zmierzając w kierunku jego rozporka (swoją drogą to dobrze, że spod kontroli wymknęła się tylko dłoń, a nie mój tyłek, bo mogłam dać czadu na tym promie jak Frytka w Big Brotherze). To nie ja! To nie ja! Ale jak nie ja, to, kto? Opętało mnie w tej Grecji, coś musiało być w tym winie, albo w oliwkach, albo ośmiornice były nieświeże. Szatan mnie opętał i potrzebuję egzorcyzmów, księdza, ludzie, wołać księdza, niech odczyni!